Ref. Elena - La Fouly

21.07.2025 r.

 

21.07.2025 r. poniedziałek

TMB dzień 7: Rifugio Elena 2062m - Grand Col Ferret 2537m - Alp de la Peule 2071m - Ferret 1705m - La Fouly 1610m

DYSTANS: 15km

CZAS: 6h40min

WZNIOS: 540m 

 

Zasnęłam jak suseł i spałam tak do rana, dlatego zdziwiłam się, że w nocy lało i waliło piorunami. Solidny dach nad głową jednak daje poczucie bezpieczeństwa.

Wstajemy o g.7:30 i od razu zaczynamy dzień od monitoringu pogodowego. Za oknem deszcz i gęste chmury. Szczytów nie widać. Taras, który mamy za oknem jest mokry i nie zachęca do wychodzenia. Nie mamy WiFi ani zasięgu, aby sprawdzić prognozę pogody, więc bazujemy wyłącznie na obserwacji naocznej. A ta na razie nie wróży nic dobrego.

Przed g.8 jesteśmy już na śniadaniu (wczorajsza kolacja i śniadanie są w pakiecie z noclegiem). Dostajemy jogurt z muesli, bułeczki bez limitu, tradycyjnie masełko i dżem. Do tego herbata lub kawa w głębokiej miseczce. Jest ok, powoli zaczynamy się najadać tego typu śniadaniem, choć to nadal uboga kalorycznie dieta, oparta na białym pieczywie.

 

 

Idziemy do pokoju i bez pośpiechu pakujemy plecaki. Wymeldowujemy się i przeprowadzamy do jadalni w schronisku. Kolejna kawa i herbata przedłużają nasz pobyt. Robimy, co możemy żeby nie wychodzić na deszcz i paskudną pogodę. 

I wtedy wydarza się cud! Chmury rozstępują się i odsłaniają najpiękniejszy błękit świata. Tak! Takie rzeczy dzieją się tylko w górach. Tu pogoda jest nieprzewidywalna i lubi zaskakiwać. In plus także. Czujemy się zatem zaskoczeni i mega, mega szczęśliwi.

 

 

O g.10 wrzucamy plecaki na plecy i ruszamy ostro pod górę. Przed nami 1h25min i prawie 500m w pionie do najwyższego w dniu dzisiejszym punktu, czyli przełęczy Col Gran Ferret.

 

 

Idziemy powoli delektując się wspaniałym widokiem na cały włoski szlak. Hen, hen daleko, na ostatnim planie widać przełęcz Col de la Seigne, doliny Val Veny i Val Ferret.

 

 

 

 

Przed zdobyciem przełęczy wyjmujemy ciepłą odzież i ubieramy się na cebulkę. Jesteśmy przygotowani na zmieniające się warunki. 

Na przełęczy Col Gran Ferret włoski odcinek TMB się kończy i tuż przed południem wchodzimy do Szwajcarii. Przełęcz ma wysokość 2536m, wieje na niej przeraźliwie mocno, a odczuwalna temperatura drastycznie spada. Jest zimno, a wiatr nie ma litości. Miota nami jak lalkami. Spędzamy tu kwadrans. Robimy zdjęcia przy cokole i krzyżu. Ciepła odzież chroni nas przed wyziębieniem.

 

 

 

Ostatnie spojrzenia kierujemy na Włochy i zaczynamy schodzenie w zupełnie inną krainę. Tak się składa, że szwajcarskie zbocza to łagodne, pokryte zielenią pagórki. Ścieżka przyjemnie meandruje w dół. W dali widać trzy i czterotysięczne szczyty pokryte śniegiem. Powoli przestaje wiać, a im niżej, tym pozbywamy się kolejnych warstw grubszej odzieży. Znowu wraca przyjemne ciepło. 

 

 

Około g.13 meldujemy się w pierwszym szwajcarskim schronisku Refuge de la Peule (2071m). Jemy w końcu omlety, na które ochotę mieliśmy parę dni temu w schronisku La Balme, ale wtedy tylko obeszliśmy się smakiem. Teraz zajadamy się omletem z serem i omletem z serem i szynką. Jak przystało na Szwajcarię kosztują majątek, ale smakują wyśmienicie. 

 

 

Od schroniska droga jest już szerokim szutrem, którym idzie się bardzo komfortowo.

 

 

Ok. g.15 dochodzimy do Buvette des Ars na lemoniadę. Słoneczko miło przygrzewa. Tuż za progiem widzimy pierwsze znaki informujące o "nature dangers area" oraz "dangers naturels". Na szutrowej drodze ustawione są sygnalizatory z czerwonym światłem. Dziwimy się nieco sytuacją, ale po kilku krokach zagadka się rozwiązuje. Otóż nocne nawałnice tak bardzo podniosły poziom potoków, że silny strumień wody zniósł z gór ogromne ilości kamieni niszcząc most i wyrzucając gruzowisko na szutrową drogę, którą akurat prowadzi TMB. Dwa obecnie niepozorne strumienie tuż przed dopływem do dolinnej rzeki Dranse de Ferret narozrabiały na tyle, że odcięły wioski leżące powyżej miejscowości Ferret (1705m) od świata. Robotnicy powoli przerzucają masywne kamienie, by przywrócić drożność. Kilka dni na pewno im to zajmie. My przechodzimy po kamieniach uważając na głęboki muł, błoto i niestabilne kamienie. Dajemy w końcu radę i od wioski Ferret idziemy już czystym szlakiem.

 

 

W Le Clou zauważamy ciekawą metalową instalację. Zaintrygowani zaczynamy zgłębiać o co może w niej chodzić. Otóż każda metalowa rurka skierowana jest na inny szczyt i podpisana jest jego nazwą. Wspaniały pomysł! Prosty i praktyczny.

 

 

Mijając wioskę Le Clou docieramy do La Fouly (1593m), w której kończymy dzisiejszy etap i zatrzymujemy się na Campingu des Glaciers.

 

 

Jest g.16:30, a przed nami jeszcze cały wieczór. Rozkładamy namiot i idziemy do tutejszego sklepu na małe zaopatrzeniowe zakupy. Dzisiejszą kolację na ciepło robimy we własnym zakresie. Niestety niebo chmurzy się, a z chmur zaczyna padać deszcz. Ta pogoda naprawdę potrafi zaskakiwać na każdym kroku. 

Z okna namiotu mamy widok na Tour Noir (3836m) i Mont Dolent (3820m), który od szwajcarskiej strony prezentuje się już nieco inaczej. Potężny lodowiec l'A Neuve zdaje się sunąć w naszą stronę. Fascynujący widok. Tuż obok wartki potok z mleczną, lodowcową wodą szumi nam dzisiaj do snu.

 

 

INFORMACJE PRAWNE

 

Wszystkie materiały na tym blogu są  własnością autorów i nie mogą być wykorzystywane bez ich zgody. 
Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie treści oraz zdjęć bez zgody autorów jest prawnie zabronione.

Created by: cdx.pl