Valldemossa - Deia
12.11.2024 r.
12.11.2024 r. wtorek
GR221 dzień 3: Valldemossa - Deia
DYSTANS: 14,52km
CZAS: 5:00h
WZNIOS: 707m
O tym, że wtorek będzie deszczowy wiemy już od niedzieli. Manuel, nasz gospodarz z Valldemossa też potwierdza prognozę. Pogoda na wyspie jest jednak dynamiczna, szczególnie w listopadzie. Wystarczy wiatr od morza i zmiana gwarantowana.
Poranek obwieszcza kogut, który pod naszym oknem wita nowy dzień. Jest delikatne zachmurzenie i dobra widoczność. Jeszcze. Aż nam się wierzyć nie chce, że może być inaczej. Zerkamy na prognozę. Deszczowa chmurka co i rusz zmienia się w czasie. Czekając na rozwój wydarzeń wychodzimy do miasta przywitać się z Chopinem.
Valldemossa to druga po Palmie najpopularniejsza miejscowość na Majorce. Pielgrzymują tu Hiszpanie (urodziła się tu Catalina, pierwsza święta z Majorki i zarazem patronka miasta) oraz Polacy i Japończycy (tu spędzili 2 zimowe miesiące F. Chopin z G. Sand, jest tu muzeum i pomnik kompozytora). Urocze kamieniczki, wąskie uliczki, kwiaty, cytrusowe drzewka, wszystko to tworzy malowniczy klimat uroczej górskiej osady. Spacerujemy z licznie przybyłymi turystami z wielu krajów, przy czym dominują Japończycy i Amerykanie.

Plecaki czekają u Manuela. Czaimy się z wyjściem w góry jak bujający się gekon. Wyjść czy zostać? Zostać czy wyjść? Jednak idziemy. My beskidzcy piechurzy nie boimy się deszczu. Jest ciepło, nie groźne nam majorkańskie chmury. Czyżby?

Opuszczamy Valldemossa i kierujemy się do Deià, a docelowo do Sóller, gdzie mamy zaplanowany nocleg. Jednak tuż za przysłowiowym rogiem pojawia się bohater dzisiejszego dnia, pan deszcz we własnej osobie. Lunął konkretnie. Pocieszamy się, że będzie dobrze. Mamy dobre ciuchy, wodoodporne buty i zafololiowany bagaż w plecaku. Dobra organizacja to podstawa.

Idziemy. Pniemy się pod górę stromym podejściem na Pas de sa Creu 762 m n.p.m. i Puig Gros 938m n.p.m. Na grani wchodzimy w gęste chmury, które co chwilę przegania wiatr zmieniając dynamicznie widoczność na wybrzeże.

Słychać pierwsze burzowe grzmoty. Przyspieszamy tempa. Jest chłodno, temperatura na wysokości powyżej 900m spadła dość drastycznie. Do tego dochodzi wiatr, który przewiewa nasze mokre ubrania. Jest nam zimno.

W tych mało komfortowych warunkach, przy dźwiękach jeszcze odległej burzy, zdobywamy Es Caragoli 944m n.p.m. i uciekamy byle szybciej, byle niżej. Zostawiamy za sobą szczyt i zaczynamy dość strome zejście w kierunku Deià. Dużo tu dzikich kóz, którym taka pogoda zupełnie nie przeszkadza. Zazdrościmy.

Z chmur znowu obficie leje deszcz. Koncentrację mamy na najwyższym poziomie, bo skała jest bardzo śliska, a ścieżką płyną potoki wody. Mijamy stalowy mostek i łańcuch, który pojawił się kilka dni temu, po niedawnym obrywie skalnym.

Dalej jest też lina, która wytycza obejście kolejnego osuwiska. Gdy jesteśmy na wypłaszczeniu słyszymy głośny grzmot i nieoczekiwany rumor. Na miejsce, gdzie przed chwilą zatrzymałam się za potrzebą, z łoskotem osunęły się głazy i kamienie. Od tej chwili znacząco przyspieszamy, prawie biegniemy. Emocje i tempo sprawiają, że jest nam coraz cieplej.

W Deià meldujemy się ok. 16:30. Na przystanku autobusowym zastanawiamy się co dalej. Czy jedziemy autobusem do Sóller, czy nocujemy w Deià. Decydujemy o zakończeniu w tym miejscu dzisiejszego etapu. Mamy plecaki nasiąknięte hektolitrami wody, jesteśmy mokrzy i przemarznięci. Chcemy już poczuć się komfortowo. Znajdujemy ciepły i suchy pokój w S'Hotel d'Es Puig w Deià.

Dzisiaj plan realizujemy w 60%, jesteśmy jednak mega szczęśliwi, że mimo warunków udało nam się zrobić prawie 15km. Ciepła pomidorowa zupa rozgrzewa nas od środka. Marek dmucha urodzinowe świeczki, a ja śpiewam mu 100 lat życząc słonecznej, suchej pogody i przejścia całego szlaku GR221. Na razie jednak ciepła kołdra to wszystko, czego nam potrzeba.
