Karpaty, Góry Fogaraskie

17.08.2023 r.

 

Szczyt:  MOLDOVEANU

Państwo:  Rumunia

Pasmo:  Góry Fogaraskie

Wysokość:  2544m n.p.m.

Trasa:  Viştişoara Valea Viştea Mare 715m - Refugiul alpin Valea Viştei 1350m - Portiţa Vişei 2310m - Viştea Mare 2527m - Spinecătura Moldoveanului 2470m - Moldoveanu 2544m - Spinecătura Moldoveanului 2470m - Viştea Mare 2527m - Portiţa Vişei 2310m - Refugiul alpin Valea Viştei 1350m - Viştişoara Valea Viştea Mare 715m

Dystans:  21,8km

Wznios:  1802m

Czas:  0h0min

Data zdobycia:  17.08.2023 r.

 

Wyjeżdżamy z Warszawy o świcie, gdy niebo delikatnie się rozjaśnia. Do rumuńskiego miasta Sibiu mamy ok. 1200 km. Polskę opuszczamy na granicy w Barwinku i spokojnie jedziemy przez Słowację, Węgry i wjeżdżamy do Rumunii.  Po 13 godzinach jazdy jesteśmy u celu. Jest czwartek, g.17. Idealna pora, by zrobić jeszcze zakupy w pobliskim markecie. Wieczór spędzamy na przygotowaniach do jutrzejszej wyprawy. Na trasie naszej wędrówki na Moldoveanu nie ma żadnych schronisk, musimy więc zaprowiantować się na cały dzień.

 

***

Z łóżka wyciąga nas budzik o g. 4:30. Jemy konkretne śniadanie i dopakowujemy plecaki. Za oknem są jeszcze nocne ciemności, gdy wsiadamy do samochodu gotowi do drogi. Z Sibiu do niewielkiej wioski Viştişoara, leżącej nieopodal miasta Victoria, jest ok. 60km. Po godzinie jazdy jesteśmy na miejscu. Jest g. 6 rano.

 

 

Na skrzyżowaniu asfaltowej drogi Strada Viştişoara (DJ102G) z szutrową Valea Viştea Mare stoi przydrożna kapliczka, szlakowskaz na Moldoveanu z czasem wejścia 7h i mapa szlaku na najwyższy rumuński szczyt. Pierwotnie mieliśmy zostawić auto w tym miejscu, ale widzimy, że droga jeszcze się tu nie kończy. Jedziemy kilometr dalej, aż do szlabanu, który zamyka wjazd na leśny odcinek.  

Wyruszamy czerwonym szlakiem, gdy niebo jest już jasne, a dzień rozpoczął się na dobre. Przez pierwsze 3km idziemy szutrową drogą, na końcu której znajduje się polanka. Stoi tu zaparkowany motocykl, a miejsce wydaje nam się idealne na odpoczynek. Siadamy na trawie i jemy drugie śniadanie. Obok nas płynie potok Viştea Mare.

 

 

W tym miejscu szlakowskaz pokazuje nam 6 i pół godziny na szczyt Moldoveanu. Szeroki szutr zamienia się teraz w wąską, leśną ścieżkę. Początkowo towarzyszy nam mieszany las i gęsto zarośnięte runo leśne. Bujna roślinność otacza szczególnie potok, wzdłuż którego prowadzi ścieżka. Towarzyszy nam głęboki cień doliny i miły dla uszu szum wody. Szlak prowadzi raz lewym, a raz prawym brzegiem górskiej rzeki. Wielokrotnie przechodzimy drewnianymi mostkami nad bystrym nurtem Viştea Mare.

 

 

Im wyżej jesteśmy, tym dolina delikatnie się rozszerza, ukazując nam piękne skalne ściany o alpejskiej rzeźbie i polodowcowych formach. Po leśnej ścieżce nie ma już śladu. Idziemy teraz po kamieniach, wspinając się coraz wyżej i wyżej. Wokół rosną dorodne świerki. Po 2 godzinach dochodzimy do blaszanego schronu wymalowanego w biało-czerwone pasy, leżącego na poziomie 1350m n.p.m. To Refugiul alpin Valea Viştei, który wyglądem przypomina grzybek. Zaglądamy do środka. W suficie jest świetlik, który rozjaśnia wnętrze, a jedynym wyposażeniem jest dwupiętrowa metalowa prycza. Na drzwiach jest informacja o lokalizacji GPS oraz prośba o niewyrzucanie odpadów i zamykanie drzwi. W pobliżu „grzybka” organizujemy sobie chwilowy odpoczynek. Siedzimy na drewnianych ławach przy miejscu na ognisko. Nieopodal nas siedzi pasterz z psem. Za prowizoryczne schronienie służy mu namiot wykonany z gałęzi i plandeki. Odchodząc, machamy mu na pożegnanie. 

 

 

 

 

Powoli las się przerzedza i wchodzimy w malowniczą, najwyższą część doliny, otoczoną wysokimi skalnymi ścianami. Początkowo łąka zarośnięta jest wysoką trawą i kwiatami. Przecina ją potok i wąska ścieżka prowadząca nas ku grani. Błękit nieba zapowiada bajeczne widoki ze szczytu.

 

 

Wraz z wysokością odsłania się nam widok na zacienioną dolinę, w której jeszcze przed chwilą byliśmy. Jej v-kształtny przekrój charakteryzuje się stromymi zboczami i wąskim dnem, w którym płynie Viştea Mare.

Otacza nas teraz niska trawa spośród której wyłaniają się łebki wysokogórskich gatunków kwiatów. Rozpoznaję żółty omieg (Doronicum) i fioletowe dzwonki rozpierzchłe (Campanula carpatica). Jest też tojad mocny (Aconitum firmum), który zapylany jest wyłącznie przez trzmiele. Jest silnie trujący. Zawiera alkaloid akonitynę, której spożycie zaledwie 2-5mg kończy się śmiercią (paraliżuje mięśnie oddechowe i zatrzymuje pracę serca). W średniowieczu używano jej do zatruwania strzał i mieczy. W Europie w okresie renesansu była najczęściej stosowaną trucizną. Co ciekawe, zwierzęta (m.in. bydło i owce) instynktownie jej nie jedzą.

 

 

 

Przeszliśmy już spory kawałek drogi. Wychodzimy z głębokiego cienia i wreszcie witamy słońce, które wychyla się znad grani. Robi się coraz cieplej, a stromsze podejście powoduje szybsze bicie serca. Zbliżamy się do skalnych ścian wąską, kamienistą ścieżką, która wije się zakosami.

 

 

O g.12:30 osiągamy przełęcz Portiţa Vişei na wysokości 2310m n.p.m. z której rozciąga się niesamowity widok, od półnicnwj strony na dolinę Viştea Mare, a od południowej na dolinę Rea i małe trójkątne, polodowcowe jeziorko Triunghiular, leżące na wysokości 2150m n.p.m. Ponad dolinami wyrastają strome zbocza Fogaraszy, które pokryte są skałami i zielonymi dywanami traw. Panorama zapiera nam dech w piersiach. Pogoda jest cudowna, przejrzystość powietrza dobra, białe obłoczki, które pokazały się nam na przełęczy, tańczą na niebie i tworzą cieniste wzorki na górskich zboczach. Wokół jeziorka zebrało się całkiem spore stado owiec, które piją wodę wprost z naturalnego zbiornika. W cienistych zakamarkach leżą jeszcze niestopione łachy śniegu. Zatrzymujemy się na chwilę i łapiąc oddech delektujemy się widokami.  

 

 

 

 

Z Portiţa Vişei mamy jeszcze godzinę drogi na szczyt Moldoveanu. Widzimy stąd jak na dłoni całą ścieżkę, która najpierw zdobywa szczyt Viştea Mare o wysokości 2527 m n.p.m., a potem prowadzi ostrą granią prosto na najwyższy rumuński wierzchołek. Widząc cel, powinno nam się iść o wiele łatwiej.  A jednak jest odwrotnie. Do Viştea Mare czujemy spadek energii. Znacząco siadło nam tempo i mamy wrażenie, że nie mamy siły. Podejście jest strome i wyczerpujące, ale nie poddajemy się. Idziemy wolniej, ale do celu. Wokół nas zaczęły pojawiać się chmury i zakrywać nam piękne widoki. Jedne zatrzymują się na graniach, inne przemieszczają się bez ograniczeń. Sytuacja jest dynamiczna. Co chwilę wychodzi słońce i chowa się za chmurami. Wreszcie po stromym podejściu, ostrymi zakosami po kamienistym zboczu, osiągamy trzeci co do wysokości szczyt Rumunii - Viştea Mare 2527 m n.p.m. Przed nami rozpościera się widok na przełęcz Portiţa Vişe i szczyt Hârtopul Ursului 2461m n.p.m. (po polsku "niedźwiedzia gawra"). Pomiędzy nimi widać czerwony dach murowanej chatki Refugiul Viştea Mare, leżącej na wysokości ok. 2280m n.p.m. Trójkątny kształt Iezerul Trunghiular z tej perspektywy wydaje się doskonale geometryczny. Odpoczywamy chwilę przy szczytowym słupku i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odzyskujemy siły. Do Moldoveanu mamy stąd w linii prostej 420m.

 

 

 

 

Teraz szlak wiedzie częściowo po grani, częściowo skalnym trawersem, gdzie nie brak miejsc mocno eksponowanych. Na wysokości 2470m n.p.m. mijamy przełęcz Spinecătura Moldoveanului, na której jest nawet asekuracyjny łańcuch. Stoi tu też metalowy krzyż, który ma mało czytelne epitafium. Prawdopodobnie jest poświęcony osobie, która zginęła tu tragicznie w 1999 roku.

 

 

Po pół godzinie od Viştea Mare o g. 14 wchodzimy na najwyższy szczyt Rumunii i najwyższy szczyt Karpat PołudniowychMoldoveanu 2544 m n.p.m. Delikatnie wieje wiatr, który sprawia, że chmury wokół nas tańczą. Na szczęście jest przyjemnie ciepło.

Wierzchołek zdobi cokół z nazwą Moldoveanu, wyrytą na tablicy a na maszcie powiewa rumuńska flaga. Obok stoi krzyż, który również okryty jest flagą i posiada pamiątkową tabliczkę. Jest na niej 14 rumuńskich szczytów o wysokości ponad 2500m n.p.m., które zdobyła grupa żandarmów z Braşova ku czci bohaterów żandarmerii. Na szczycie stoi też stalowa skrzynka, z której wyjmujemy zeszyt i zostawiamy pamiątkowy wpis, jako kolejni zdobywcy Moldoveanu.

 

 

 

 

 

Otacza nas przepiękna karpacka panorama. Wokół nas pną się ku niebu malownicze Fogarasze, a przed nami i za nami cały łuk Karpat, który ciągnie się łącznie przez 8 europejskich krajów. Słońce i chmury dają niezwykły spektakl światła i cienia. Jest naprawdę wyjątkowo.  

Góry Fogaraskie (Munţii Făgăraş) leżą w środkowej Rumunii, pomiędzy Niziną Wołoską na południu i Wyżyną Transylwańską na północy. Ich powierzchnia wynosi ok. 2000km2. Główny grzbiet rozciąga się ze wschodu na zachód, na odległość ok. 70km i z północy na południe na odległość ok. 45km. Masyw przypomina potężny kręgosłup ze stromymi szczytami zwróconymi na północ i łagodniejszymi na południe. Fogarasze charakteryzują się dużymi wysokościami względnymi, a deniwelacja między najwyższymi szczytami a dnem dolin, często przekracza 2000m.

 

 

Nazwa Gór Fogaraskich pochodzi prawdopodobnie z języka węgierskiego i może oznaczać kuropatwę (od wyrazu „fogor”) lub drewniane pieniądze, którymi lokalnie posługiwano się w XVIII wieku (od wyrazu „fa-garas”). Podobnie zdania są podzielone w przypadku nazwy szczytu. Moldoveanu może pochodzić od Iona Moldoveanu, mołdawskiego pasterza, który w połowie XIX w. wypasał w okolicach owce lub od krainy geograficzno-historycznej o nazwie Mołdawia. O Moldoveanu mówi się potocznie „wielki namiot” od kształtu pasterskiego namiotu, jaki przybiera wraz z przylegającym do niego szczytem Viştea Mare.

Stojąc na najwyższym szczycie Gór Fogaraskich zachwycamy się wyjątkowym pięknem tego karpackiego fragmentu. Zastanawia nas fakt, że do tej pory nie został objęty ochroną w postaci parku narodowego. Jedyną formą ochrony jest Natura 2000, której celem jest zachowanie najcenniejszych gatunków roślin, zwierząt oraz siedlisk przyrodniczych, zagrożonych wyginięciem. Nie jest to jednak ochrona jak w przypadku parku narodowego i dozwolona jest tu działalność człowieka.

Jest jednak nadzieja objęcia terenu Gór Fogaraskich pełną ochroną. Jak informuje strona https://www.carpathia.org zajmuje się tym Fundacja Conservation Carphatia, której celem jest stworzenie obszaru o powierzchni 200 tysięcy hektarów. Do 2024 roku fundacja wykupiła już 27 tysięcy hektarów, przekazując do rejestru ochrony pół- i w pełni pierwotne lasy, rosnące na tych terenach. Organizacja zalesiła też prawie 2 tysiące hektarów 4 milionami drzew, sadząc buki, świerki i klony. Gdyby za zgodą władz udało się utworzyć Park Narodowy Gór Fogaraskich, byłby to największy chroniony obszar górski w Europie. Trzymamy za to kciuki.

 

 

Ta magiczna chwila z malowniczym, górskim widokiem mogłaby trwać wiecznie, ale czas ruszać z powrotem. Schodzimy tą samą drogą, mamy więc świadomość jak długa jest jeszcze przed nami wędrówka. Mijamy szczyt Viştea Mare i schodzimy odcinkiem, który zafundował nam nie lada zmęczenie. W dół nie robi na nas żadnego wrażenia. O g.15:40 docieramy na przełęcz Portiţa Vişei i tu spędzamy dłuższą chwilę, delektując się widokiem na powrotną drogę, którą widać stąd jak na dłoni. Dolina prezentuje się z tego miejsca najbardziej okazale.

 

 

 

 

Tuż za przełęczą zauważam aromatyczne, stokrotkowate kwiaty rumiana karpackiego (Anthemis carpatica) i skalnicy okrągłolistnej (Saxifrage rotundifolia) o białych, nakrapianych płatkach. Skalne murawy porasta liczny w tym miejscu różowy goździk lodowcowy (Dianthus glacialis), a fioletowe dzwonki rozpierzchłe (Campanula patula) wystają spomiędzy trawiastych kłosów. Przy zejściu mogę skupić się bardziej na tym, co mnie otacza. Odkrywam wtedy naturę. Widzę szczegóły, intensywniej czuję zapachy, wrażliwsza jestem na dźwięki. Nie skupiam się wtedy tak bardzo na wysiłku, oddechu, zmęczeniu, jak to bywa w trakcie wędrówki pod górę. Schodzenie to dla mnie mentalny chillout. Nie zawsze oczywiście, ale tu właśnie tak się czuję. Idziemy powoli kamienistym trawersem, który dochodzi do rozległej łąki. Daleko za nami zostają szczyty, na których jeszcze przed chwilą byliśmy.

 

 

 

 

 

Około g. 18 wchodzimy w las, w którym przypominam sobie o niedźwiedziach, licznie występujących w rumuńskich Karpatach.

Niedźwiedź brunatny (Ursus arctos) zamieszkiwał pierwotnie całą Europę, ale w południowo-zachodniej części został wytępiony. Obecnie największa europejska populacja zamieszkuje Rumunię, gdzie wg danych z roku 2018 żyło około 8000 osobników, a liczba ta jest wzrostowa.

W pozycji wyprostowanej niedźwiedź mierzy od 1,8 do 3m i waży średnio 200-300 kg. W dzikim środowisku żyje do 30-40 lat, żywiąc się nasionami, grzybami, dżdżownicami, ślimakami, jajami ptaków, miodem, leśną zwierzyną i rybami. Jego środowiskiem są zalesione rejony górzyste, dokładnie takie, jakie teraz przemierzamy. Niedźwiedzie unikają konfrontacji z człowiekiem i nie lubią być przez niego zaskakiwane. Trzymamy się tej zasady i stukamy głośno kijkami. Znajdujemy więcej tematów do rozmów i raz na jakiś czas używamy gwizdka. Sprawia to, że czujemy się bezpieczniej wiedząc, że potencjalny niedźwiedź słyszy nas i nie chce wyjść nam na spotkanie. 

Bezpiecznie dochodzimy do końca wąskiej ścieżki i wychodzimy na małą polankę, na której rano jedliśmy drugie śniadanie. Zaczyna się stąd szeroka droga szutrowa, która po 3 kilometrach kończy się szlabanem. Przy samochodzie meldujemy się około g. 20, nie odnotowując, na szczęście, spotkania z największym leśnym mieszkańcem.

Do apartamentu w Sibiu dojeżdżamy na g. 22.

To był długi, pełen wrażeń dzień. Dopisała pogoda, humory i kondycja. Na zdobyciu Moldoveanu nie kończy się jednak nasza przygoda z Rumunią. Kolejny dzień przed nami.

 

***

Wyspani i wypoczęci po wczorajszej wyprawie planujemy na dzisiaj przejazd Trasą Transfogaraską, czyli drogą krajową DN7C, która obok Transalpiny jest kultową drogą Rumunii. Ma długość ponad 150 km i przecina Góry Fogaraskie z północy na południe, pomiędzy dwoma najwyższymi szczytami – Moldoveanu i Negoiu. W kulminacyjnym miejscu, w najdłuższym w Rumunii tunelu o długości 884 m, osiąga wysokość 2034 m n.p.m. Na trasie jest 27 wiaduktów, 830 mostów i kilka tuneli. Droga zbudowana została w latach 1970-1974 na polecenie Nicolae Ceauşescu w celu zapewnienia drogi przerzutowej dla armii rumuńskiej, w przypadku radzieckiej inwazji.

 

 

 

Z Sibiu do trasy DN7C, czyli Trasy Transfogaraskiej jedziemy ok. 45 minut. Tuż za rondem mijamy drogowskaz na Balea Lac (jezioro na wysokości 2034 m n.p.m. leżące przy najwyższym punkcie trasy), do którego mamy 35 km. Jest g. 11:30 kiedy zaczynamy jechać ku Górom Fogaraskim. Początkowo mijamy pola i łąki. Jedziemy płaskowyżem, z którego wyrasta ogromny masyw górski. Mijamy spokojne miasteczko Cârţişoara, w którym parterowe, urocze domki pokryte dachówką stoją równo przy drodze. Następnie przejeżdżamy nad rzekami Lăita i Bâlea. Pojawia się pierwszy ostrzejszy zakręt, murki oporowe, płotki, zatoczki i ostrzeżenia przed spadającymi kamieniami. Jedziemy lasem, w przyjemnym cieniu drzew. Rosną tu głównie świerczyny, ale i odmiany liściaste dopełniają leśny drzewostan. Wreszcie wyjeżdżamy z lasu, a oczom naszym ukazuje się widok na głęboką dolinę po prawej stronie i strome skalne ściany po lewej. Na wysokości 1234 m n.p.m. mijamy dolną stację kolejki linowej, która w ciągu 12 minut wywozi turystów na wysokość 2034 m n.p.m. Jedziemy z otwartym szyberdachem i fotografujemy widoki. Widać potęgę Fogaraszy, wysokie szczyty, obłoczki które zahaczają o wierzchołki. Nad nami wielokrotnie przecina drogę czerwony wagonik kolejki. Widać wijącą się nitkę drogi transfogaraskiej i wysokie słupy energetyczne. Na licznych parkingach stoją auta, motocykle i rowery. Każdy chce uwiecznić cudowne widoki. Zatrzymujemy się także i my. Dzisiaj z Markiem obchodzimy 23 rocznicę ślubu i z tej okazji mamy przy sobie nasze ślubne stroje. Przebieramy się i organizujemy sesję na zboczach Fogaraszy. Słońce otula nas przyjemnie, zdjęcia wychodzą fenomenalne. Nie mogliśmy wymyśleć lepszego w tym roku tła do rocznicowych zdjęć. Wielu przejeżdżających kierowców trąbi i macha nam w geście pozdrowienia. A ja, jak co roku cieszę się, że z daleka wyglądam jak panna młoda.

 

 

Po chwilowym postoju ruszamy dalej. Widzimy już zabudowania usytuowane przed wjazdem do tunelu, gdzie jest punkt kulminacyjny trasy. Stoimy jednak dłuższą chwilę w korku. Na górze jest duży parking przy jeziorze Bâlea i bazarek różności. W większości handlarze oferują sery i wyroby mięsne z lokalnych gospodarstw, ale także pamiątki i gadżety z Fogaraszy. Kupujemy po kubku malin i borówek i jedziemy dalej. Mijamy tunel, wyjeżdżając na południową stronę trasy. Widoki są obłędne. Góry, połoniny i serpentyny wijące się w dół.

 

 

 

Zatrzymujemy się na chwilę w przydrożnej knajpie Three House Village, której drewniane zabudowania wkomponowane są pomiędzy wysokie świerki. Zamawiamy lemoniadę i piwo. Po krótkiej przerwie jedziemy do jeziora Vidraru, gdzie stoi wysoka na 166 m zapora na rzece Argeş.

 

 

 

Od tego miejsca do jeziora Bâlea jest 55 km. Zawracamy i jedziemy w górę. Jest ok. g. 20, zachodzi powoli słońce, dając spektakl światła. Parkujemy auto na najwyżej położonym parkingu przy trasie i udajemy się na krótki spacer nad jezioro Bâlea. Jesteśmy na wysokości 2034m n.p.m. i czuć przejmujący, wieczorny chłód. Zjeżdżamy więc na dół, kierując się do Sibiu. Zanim jednak dotrzemy do apartamentu, zatrzymujemy się jeszcze w przydrożnej knajpie na obiadokolację.

 

 

Zrobiliśmy łącznie ok. 100 km trasy DN7C, widzieliśmy widoki zapierające dech w piersiach i te, które serce łamią. Przepiękne Fogarasze, cudowne górskie panoramy i żebrzące niedźwiedzie, których jest tu naprawdę sporo. Stoją przy drodze i proszą turystów o przekąski, a ci bezmyślnie je dokarmiają. Przejmujący to widok i okrutny los tych pięknych i wyjątkowych zwierząt. 

 

***

 

Jesteśmy już spakowani i wymeldowani. W planie mamy jeszcze spacer po starym mieście Sibiu, po polsku zwanym Sybin, a po niemiecku Hermannstadt. Miasto leży w Siedmiogrodzie, nad rzeką Cibin i założone zostało w roku 1190. Spacerujemy po uliczkach, podziwiamy miejską architekturę i zadbane kamienice. Mijamy historyczne budynki z XV – XIX w. Podobają nam się szczególnie okna na poddaszach, tzw. bawole oka. Domy wyglądają, jakby zerkały na przechodniów i komunikowały się wzrokiem między sobą. Mijamy Most Kłamców (symbol Sibiu i zarazem najstarszy most żeliwny w Rumunii), Duży i Mały Rynek oraz Wieżę Ratuszową. Pijemy lemoniadę w kawiarni i kolekcjonujemy na zdjęciach stare drzwi i okna staromiejskich kamienic. Kończymy półtoragodzinny spacer, pakujemy się do auta i ruszamy w drogę powrotną do Warszawy.

 

 

 

Czterodniowa wyprawa do Rumunii dobiegła w ten sposób końca. Zdobyliśmy Moldoveanu, przejechaliśmy Drogą Transfogaraską i zwiedziliśmy stare miasto Sibiu. Wspomnienia mamy miłe, zaskoczeni jesteśmy Rumunią pozytywnie. Tam, gdzie byliśmy było czysto i zadbanie. Drogi wygodne i dobrze utrzymane. Ludzie życzliwi. Tym, czym przejmuję się najbardziej to losem zwierząt w tym kraju. Niedźwiedzi dokarmianych przez turystów i bezdomnych psów, które nie mają tu lekkiego życia. Kraj rozwija się powoli, dba jednak o przyrodę, jeszcze dziką, piękną, wyjątkową i niepowtarzalną. Fogarasze skradły nasze serca i pozostał niedosyt, który w niedalekiej przyszłości postaramy się zaspokoić. Wrócimy tu na pewno.

 

 

INFORMACJE PRAWNE

 

Wszystkie materiały na tym blogu są  własnością autorów i nie mogą być wykorzystywane bez ich zgody. 
Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie treści oraz zdjęć bez zgody autorów jest prawnie zabronione.

Created by: cdx.pl